czwartek, 8 stycznia 2015

#2 Wykradziona


Tytuł: Wykradziona
Autor: Alyxandra Harvey
Tytuł oryginalny: Stolen away
Liczba stron: 323




Swego czasu jedna z powieści Alyxandry Harvey mocno zawróciła mi w głowie. Spędziłam z Hunter i Quinnem z "Żądzy krwi" dwie noce; pierwszej przeczytałam od deski do deski ich historię,  a drugiej wracałam do co lepszych fragmentów (z nie mniejszymi emocjami). Kiedy więc ponad rok później natknęłam się na "Wykradzioną" za dosłownie parę złotych, nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Opis i okładka nie do końca mnie zachęciły, ale miałam nadzieję, że książka jest godna zdobiącego ją nazwiska. 

Przez siedemnaście lat Eloise nie miała pojęcia, że kraina Faery w ogóle istnieje. Do czasu, aż została porwana i uwięziona w Twierdzy Lorda Struhana, króla tej krainy. Muszę przyznać, że to "porwanie" (nie można nazwać go inaczej) było dość intrygujące, bo sama nie do końca zorientowałam się, jak oni tego dokonali. Eloise stała na dachu i otoczyły ją Wrony, które zmieniły się w ludzi. Bez większych ceregieli zepchnęli ją z dachu, ale zamiast rozbić sobie głowę o chodnik, znalazła się w Twierdzy! Ach, te elfie czary.

Strahan miał rządzić tylko przez siedem lat, jak nakazuje tradycja Faery, a potem oddać koronę następnemu władcy. On jednak nie chce oddać władzy, a obu światom zagraża chaos. Chaos? To chyba jednak zbyt dużo powiedziane. Jedyny chaos, jaki powstał w naszym świecie to nieznośny upał, a później przejście Hordy. A temu, co się działo wśród elfów poświęcono niestety mało uwagi. Cała akcja skupia się wokół bohaterów, czemu nie mam nic przeciwko, ale chętnie poczytałabym więcej o świecie tamtejszych elfów, którzy potrafili zmieniać się w zwierzęta i są podzieleni na klany. 

Jedyną osobą, która może go pokonać jest ciotka Eloise, Antonia. Antonia jest bardzo tajemniczą postacią do momentu retrospekcji u Leszczynowej Baby (jeden z najlepszych momentów w książce). Jest ważna dla fabuły, ale pojawia się przelotnie, głównie w opowieściach. A przedstawiana jest jako udręczona czarodziejka czy nawet bogini, bo tylko ona może uratować Faerię, choć nie do końca wiadomo w jaki sposób. Eloise staje się kartą przetargową w rękach króla. Antonia zjawia się niespodziewanie i bez żadnych problemów. A potem po prostu odsyła swoją siostrzenicę do domu. Skoro jest taka potężna, dlaczego tak łatwo udało się ją uwięzić? 
Nie miałam pojęcia, skąd się tu wzięła. Nagle zobaczyłam ją na samym środku sali*.
Będzie potrzebować pomocy swoich najlepszych przyjaciół: Jo i Devina oraz pozostałych elfich jeńców na dworze Strahana**. Wspomnę tylko, że jeńcy w Warowni bardziej szkodzili Eloise, niż pomagali, ale to przynajmniej uatrakcyjniało akcję (pomijając pewnego grajka, który miał dobre chęci).

Narracja w książce jest pierwszoosobowa, z punktu widzenia dwóch osób, jak to często u Harvey bywa. Tym razem o swojej przygodzie opowiadały Eloise i Jo. Dowiadujemy się co nieco o charakterach tych postaci: Eloise jest spokojna i opanowana (co często ludzie mylą z nieśmiałością), jednak ma w sobie dużo odwagi, Jo dziarska, energiczna i przebojowa. Ich narracje zaś wcale się nie różniły, albo czasem odróżniało je słownictwo, bo Josephine (!) używała mocniejszych wyrażeń. Kiedy jedna była w lochach Strahana, a druga na powierzchni, dało się to jakoś przełknąć, ale kiedy trzymały się razem, łatwo można było się pogubić. Polubiłam Jo, jej bezpośredniość i energię. Wydała mi się bardziej wyrazista niż Eloise. Zawsze to ona wyciągała gdzieś przyjaciół. Podobało mi się, że pomagała także dziadkom na farmie, choć godna potępienia jest jej łatwowierność. El początkowo była dla mnie zupełnie bez wyrazu, dopiero potem zaczęła nabierać charakteru. Okazała się odważną i silną dziewczyną (potrafiła powstrzymać się przed jedzeniem, które bardzo lubiła!), choć nie wyglądała na taką. Niestety ona także okazała się zbyt łatwowierna, tylko, że jej to wybaczono i nie poniosła ostatecznie żadnych tego konsekwencji. Trochę pójście na łatwiznę ze strony autorki.

Wielkim rozczarowaniem okazał się Devin (choć w sumie nie oczekiwałam po nim zbyt wiele), który to swoją osobą nie wniósł nic ciekawego do książki. Po prostu sobie był, podał rękę Jo, czasem zdarzyło mu się coś powiedzieć. Nie pamiętam prawie w ogóle, żeby jakoś specjalnie się angażował. Wydawał mi się strasznie bezbarwny, a już w ogóle przy kolorowej Josephine. Czasem miałam wrażenie, że się w niej podkochuje, ale ostatecznie się nie dowiedziałam. To by było ciekawe, bo od razu wiadomo było z kim będzie Eloise i Jo. Zakochany przyjaciel w końcu przestałby być bezbarwny.

Najlepszą męską postacią, według mnie, był Eldrick. Ani do końca biały, ani do końca czarny. Nie zawsze wiadomo o co mu chodzi, ale i tak wzbudzał sympatię, przeplataną jednak momentami irytacji, kiedy na przykład zabrał Jo do swojej twierdzy. Był tajemniczy i intrygujący, choć nie do końca przekonuje mnie jego wątek miłosny. Przypominał miłość jego ojca i lepiej, żeby nie skończyła się w podobny sposób.

Drugą intrygującą męską postacią był Lucas. Opiekuńczy rycerz, gotów przypłacić nawet życiem bezpieczeństwo swojej niewiasty. Był słodki, ale za dużo słodyczy, to niezdrowo. Przyjemnie mi się czytało sceny z jego udziałem, szczególnie te romantyczne. Jednak to, co zrobił na końcu... nie, nie, nie. Bardzo popsuło dobre wrażenie o nim i poczułam się zażenowana autorką. Najgorsza scena w książce należała właśnie do niego i chociaż pewnie miała być romantyczna, miałam ochotę wyrzucić książkę. Na szczęście byłam już u mety. 

Kolejną osobą, o której warto wspomnieć, jest mama Eloise. Na początku wydawała mi się świetna: artystka, wyluzowana. Potem aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Jak można po uwolnieniu córki z warowni króla elfów dać jej szlaban, zainteresować się towarzyszącym jej chłopakiem, zrobić ciasto czekoladowe i pójść do pracy? Perełką na torcie (czekoladowym) jest jej wpadnięcie nie wiadomo skąd w sam środek bitwy i wymachiwanie kijem bejsbolowym. Nie chcę sobie tego przypominać. 

Akcja to dzieje się zbyt szybko, to znów się wlecze. Autorka nieraz szła na łatwiznę i bohaterom udawało się zbyt łatwo pokonać przeszkody. Alyxandra napisała w podziękowaniach, że pierwszą wersję "Wykradzionej" napisała w grudniu, kiedy obok szalały przygotowania świąteczne. To niestety widać. Książka z powodzeniem mogłaby być z 50 stron dłuższa, aby wszystko powyjaśniać jak należy i nie musieć iść na skróty. Często dawało się wyczuć świetny styl Harvey i momentami czułam się prawie jak przy "Żądzy krwi". Nie potrafiłam się też powstrzymać przed porównywaniem tych dwóch powieści. "Wykradziona" jest jednak w tym zestawieniu przegrana. Nie jest, ani tak zabawna, ani tak błyskotliwa, jak oczekiwałam. Mimo to jednak zasługuje na uwagę, chociażby dla Eldricka, świetnych opisów czy Isadory.

Miłego dnia, 
Kalafonia

-----------------------
* Alyxandra Harvey, Wykradziona
** Opis z tyłu książki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz